Widuję tą postać,
ciągnie wózek z jękliwym łkaniem,
jakby nie mogła spocząć czy tu zostać
przez chwilkę w nadziei bosej.
Oczy otwiera stalowym świtaniem,
by ująć parasol z deszczowej enklawy.
otulają głowę koroną żaru,
jak fajerki pierścienia rubinowe,
starego pieca co przetapia w nowe.
stwardnieją dłonie zaciśnięte w metalu.
Ich czy naszych resztek rekwizytu.
aby nie widzieć życia z ich wyrzutu.
I nikt nie przystanie i nikt nie kocha.
A kiedyś ci się kłaniali…
M.J.B. - Mistykus