We mnie jesteś parku.
Znów chadzam z twoimi drogami,
nigdy tak piękny jak o tej porze.
I zawsze cierpliwy, czekasz.
Droga na uboczu, werset drzew,
klejnotem ich płatki bursztynowe.
Upadkiem lekkim ścielą poszycie,
śladem za mną wspomnienie.
Pochłodniało, jakby druga strona,
ale to płatki śniegowym mchem,
jedwabiem pod stopami,
ukrywają, że czuję, ja i one.
Delikatnie, już śniegi topnieją.
Kwiaty, co wychylają pierwsze źdźbła.
Uśmiech - triumf odradzania się parku.
Razem, raz mija i przebywa tu ten czas.
Zawsze wracam, aby ciszę pocieszyć,
ten sam zapach tej i innej jesieni.
Niczym kustosz muzeum znam zakątki.
On usypia, ja czuwam, gdy on, wzbudzi znów…
Marek Jakub Bliźniak